Fanfic: Izolacja by Vera_Verto (Free to read, 564,411Clicks)

Description:

Nie może opuścić pokoju. Jej pokoju. I to wszystko wina Zakonu. Skazanie go na życie w małej przestrzeni, mając do towarzystwa jedynie szlamę, z pewnością będzie coś kosztować. Zapewne zdrowie psychiczne. A może i nie. – Proszę bardzo – splunęła. – Teraz twoja krew też jest brudna!

Characters:

Major Character DeathHermione Granger/Draco MalfoyHermione Granger Draco Malfoy Severus Snape Minerva McGonagall Theodore Nott Blaise Zabini Luna Lovegood Ron Weasley Harry Potter Andromeda Black Tonks Nymphadora Tonks Teddy Lupin Narcissa Black MalfoyHarry Potter Epilogue What Epilogue | EWE Hogwarts Seventh Year Wizarding Wars (Harry Potter) Angst Swearing Smut Character Death

Summary:

Summary:

Nie może opuścić pokoju. Jej pokoju. I to wszystko wina Zakonu. Skazanie go na życie w małej przestrzeni, mając do towarzystwa jedynie szlamę, z pewnością będzie coś kosztować. Zapewne zdrowie psychiczne. A może i nie. – Proszę bardzo – splunęła. – Teraz twoja krew też jest brudna!

Notes:

For bexchan.

A translation of

Isolation by bexchan.

Chapter 1: Schronienie

Chapter Text

Często mówi się, że w czasach życiowych zawirowań ludzie zaczynają uczyć się doceniać małe rzeczy. Poetyckie szczegóły i niuanse, takie jak zachody słońca, śpiew ptaków o poranku i różnorodność kolorów kwiatów.

Cóż, Hermiona mogłaby spokojnie powiedzieć tym wszystkim ludziom, że to zwykłe bzdury.

Bzdury. Bzdury. Bzdury.

Zachody słońca niemal każdego dnia wyglądały tak samo, a skrzeczące ptaki w rzeczywistości zwykle bywały niesamowicie denerwujące i przyprawiały ją o ból głowy, nie mówiąc już o barwach kwiatów, które kompletnie jej nie obchodziły. I tak to wszystko przemijało… Kwiaty więdły i brunatniały. Zwłaszcza, gdy bezlitosny, zimowy chłód zaczynał zduszać w nich wolę życia.

Nie, kiedy czasy były złe.  Naprawdę złe. Ten fakt odciągał cię od pozostałych rzeczy. Bo wszystko inne było nieistotne i zniekształcone, przysłonięte przez gęstą falę ciemności. Hermiona zauważyła, że nawet jej ambicja straciła sens, a najgorsze było to, że pozostali czuli się tak samo.

Uczniowie Hogwartu pogrążyli się w melancholii. Wszyscy.

Cóż, przynajmniej ci, którym pozwolono tutaj wrócić.

Zorientowała się, że w szkole przybywało nieco ponad ćwierć zwykłej liczby uczniów i wszyscy się bali. Poruszali się w małych grupkach po opustoszałych korytarzach z wiecznie ponurymi minami, stale szepcząc coś między sobą. Ale zajęcia nadal się odbywały, podobnie jak mecze Quidditcha i inne wydarzenia, chociaż było rażąco oczywiste, że większość uczniów straciła wszelką chęć do rywalizacji, spotkań towarzyskich, a nawet nauki.

McGonagall robiła, co mogła, żeby wszystko pozostało spójne i znajome, ale jej działania na dłuższą metę okazywały się bezcelowe. Hogwart był teraz pseudoszkołą. Szarą skorupą starożytnych murów, o których ludzie kiedyś sądzili, że są bezpieczne. Ale oczywiście to też okazało się bzdurą.

Był 1 października, co oznaczało, że Hermiona znajdowała się z powrotem w szkole dopiero od kilku tygodni, ale odnosiła nieustanne wrażenie, jakby trwało to o wiele dłużej. Oznaczało to również, że Dumbledore nie żył dokładnie od pięciu miesięcy. Nie, Hogwart zdecydowanie nie był bezpieczny i wszyscy doskonale o tym wiedzieli. Śmierciożercy włamali się do ich szkoły, wszystko dzięki pieprzonemu Draco Malfoyowi, a zaraz potem Snape zamordował najbardziej błyskotliwego mężczyznę, jakiego kiedykolwiek znała.

Voldemort wrócił. Cóż, żeby być konkretnym, powrócił już kilka lat temu, ale nieszczęście jego powrotu z każdym mijającym dniem stawało się coraz powszechniejsze i groźniejsze. Była przerażona. Zgadza się. Pieprzyć gryfońskie stereotypy. Czasem jedynym racjonalnym wyjściem był po prostu strach.

Hermionie z pewnością nie pomagał fakt, że jej dwóch rzekomo najlepszych przyjaciół zostawiło ją tutaj kompletnie samą. Tak, Harry i Ron włóczyli się obecnie po całym kraju w poszukiwaniu horkruksów. Bez niej. Nie miała całkowitej pewności, co do rzeczywistego uzasadnienia tej decyzji, ale była to swego rodzaju sugestia Lupina. Bardzo kochała swoich przyjaciół, ale jeśli miała brać coś za pewnik, to Harry prawdopodobnie co godzinę przechodził załamanie nerwowe, a Ron co rusz potykał się o własne stopy.

Wiedziała, że to nie ich decyzja, ale nie mogła powstrzymać urazy, która zagnieździła się w jej umyśle. Cóż, przynajmniej chłopcy mieli siebie nawzajem.

Została tutaj, aby pomóc McGonagall w przekształceniu Hogwartu w schron. Bezpieczne miejsce. W szkole było też kilku innych członków Zakonu, takich jak Seamus i Dean, a Ginny stale pomagała Hermionie wraz z resztą profesorów. Najmłodsza członkini rodziny Weasleyów była całkiem miła, ale daleko było jej do wypełnienia luki, którą pozostawili po sobie chłopcy. Przez większość czasu Hermiona czuła się dość samotna.

Oczywiście otrzymała tytuł Prefekt Naczelnej, głównie po to, by mieć swój własny pokój i bez przeszkód móc pomagać w planach Zakonu. Albo po to, żeby mieć choć trochę swobody i wymykać się w nocy do biblioteki, mając nadzieję, że w jakiś sposób pomoże całej sprawie. A może dlatego, że była tą słynną, najlepszą przyjaciółką Harry’ego Pottera i miała stanowić jakiś symbol nadziei dla tych wszystkich, nieszczęsnych dusz, które nawiedzały Hogwart. Cokolwiek to było, cieszyła się, że mogła pomóc, choć i tak wolałaby zostać z Ronem i Harrym.

Prefektem Naczelnym był w tym roku Michael Corner, choć tak naprawdę Hermiona nie miała pojęcia, dlaczego to właśnie on został wybrany na to stanowisko. Pewnie dlatego, że dawniej był prefektem i członkiem Gwardii Dumbledore’a, ale wątpiła, by chłopak robił wiele w ramach działań Zakonu. Mogła oczywiście go o to zapytać, albo chociaż spróbować nawiązać konwersację z którymkolwiek z pozostałych uczniów, jednak jedyna osoba, z którą naprawdę rozmawiała w tych ciężkich dniach, to McGonagall. Hermiona była zbyt zajęta… zbyt pogrążona w desperacji, by pomóc Zakonowi.

Dormitorium Prefekt Naczelnej było praktycznie wymarłe. Opustoszałe.

W pobliżu Wieży Gryffindoru znajdowała się jej sypialnia, mały aneks kuchenny, niewielki salon, łazienka i jeszcze jedna sypialnia. Sypialnia, którą prawdopodobnie zająłby Harry, gdyby został wybrany na Prefekta Naczelnego. Corner miał swoje własne dormitorium w pobliżu Wieży Ravenclawu, za co była niesamowicie wdzięczna. Jeśli miała przeżywać swoją złość i niepokój o obecny stan świata, wolała, żeby wiedzieli o tym tylko Harry i Ron.

Ale, jak już wiele razy musiała sobie przypominać, nie było ich tutaj. Wysyłali jej jeden list raz na dwa tygodnie, uważając, by nie wysyłać sów zbyt często, na wypadek gdyby ktoś je przechwycił i ostrzegł Voldemorta o ich polowaniu na horkruksy.

Więc tak. Było źle. Niezwykle źle.

Tak źle, że słowa przed oczami Hermiony po prostu opływały jej mózg i umykały wszelkiej uwadze. Właśnie mijała północ, kiedy pobudzona namiętną bezsennością dziewczyna zdecydowała udać się biblioteki, by ponownie zbadać temat horkruksów.

Dochodziła druga w nocy. Biblioteka była oczywiście pusta i tylko słaby blask zaklęcia

Lumos

wskazywał na istnienie życia gdzieś w gęstym labiryncie regałów z książkami. Hermiona przetarła zaspane oczy i próbowała skupić się na rozmytych literach i kształtach, jednak z każdą minutą stawało się to coraz trudniejsze.

– Racja – wymamrotała pod nosem, przesuwając palcem pod zdaniem, by uspokoić swój niestabilny wzrok. – Pierwszym znanym czarodziejem, który stworzył horkruksa, był Herpo Zły, a same horkruksy mogą być tylko…

Cholera…

Przeczytała to zdanie już dwa razy.

***

– Oszalałeś – splunął szorstko, zatrzymując się. – Nie wiem, który z tych swoich dziwnych eliksirów dzisiaj wychyliłeś, ale nie ma mowy, żebym tam wrócił.

– Jak przypuszczam, masz zapewne lepszy pomysł? – Snape powoli odwrócił się do swojego towarzysza, przyglądając mu się niecierpliwie.

– Zapomniałeś, co tam zrobiliśmy? – zapytał chłopak, podnosząc drżącą z wściekłości rękę, by wskazać na budynek szkoły słabo majaczący w półmroku nocy. – Zginę w tym cholernym miejscu, jeśli postawię tam choćby stopę!

– Nie mamy na to czasu, Draco – zadrwił były profesor, chwytając za tył kołnierza młodszego czarodzieja. – Złożyłem przysięgę, że będę cię chronić, a to jest obecnie jedyne miejsce, w którym będziesz bezpieczny…

– Spieprzaj! – syknął chłopak, walcząc z uściskiem Snape’a, gdy ten maszerował uparcie w kierunku Hogwartu. Próbował wbić pięty w ziemię i oderwać rękę mężczyzny od swoich szat, jednak bezskutecznie. – Ty pieprzony zdrajco krwi, jebana szumowino!

Snape zatrzymał swoje szybkie kroki i poprawił uścisk na ubraniu Draco, aby zbliżyć do siebie ich twarze. Może na pierwszy rzut oka nie było to do końca widoczne, ale Malfoy nagle poczuł się bardzo nieufny wobec niebezpiecznego spojrzenia czającego się w źrenicach starszego czarodzieja, jednak nawet się nie wzdrygnął. Snape był zdrajcą krwi. Czysty fakt.

Snape i on ukrywali się przed światem przez ostatnie kilka miesięcy po… wydarzeniach z Wieży Astronomicznej. Draco nie był głupi. Wiedział, że jego porażka będzie miała gorzkie konsekwencje, ale nigdy nie wyobrażał sobie tego problemu w aż takiej skali. Czarny Pan chciał go zabić.

Od tamtej pory nie rozmawiał z żadnym ze swoich rodziców i nie miał bladego pojęcia, co się z nimi działo. Ledwo udało mu się dziś wyjść z jakiejś szetlandzkiej chaty, a jego jedynym towarzyszem był tłustowłosy, upiorny mężczyzna, który obecnie wściekle go torturował. Głowa chłopaka została słono wyceniona. Obie strony chciały jego śmierci. Cudnie.

A potem Snape oznajmił mu, że jest szpiegiem. Że zdradził ich wszystkich i był jednym z nich. Draco zwymiotował ledwo strawione resztki obiadu, które udało im się spożyć tego dnia i resztę wieczoru spędził na próbach ucieczki z ich ascetycznej, szkockiej kryjówki.

Ale gdzie miałby się udać?

Gdyby nie fakt, że Voldemort chciał, aby Avada trafiła go w plecy jak najszybciej się da, dla osobistych korzyści bez wahania ujawniłby to odkrycie innym. Ale wśród Śmierciożerców nie było już dla niego żadnego miejsca, co sprawiło, że czuł się mocno poirytowany. Był zmuszony do podążania za zdrajcą krwi, który właśnie powiedział mu, że nie może go już dłużej chronić.

Ja pierdolę.

A teraz jeszcze sprowadził go do Hogwartu.

Chłopak próbował zadać Snape’owi pytania o jego stopień zaangażowania w działania Zakonu, ale ten dziwny dupek w dość charakterystyczny dla siebie sposób ograniczał odpowiedzi do absolutnego minimum. Draco zastanawiał się, czy starszego mężczyznę w końcu dopadło szaleństwo, a cała ta koncepcja szpiega była tylko histerycznym bełkotem na wpół myślącego człowieka. W końcu Snape zamordował Dumbledore’a. Ale w takim razie dlaczego zabierałby go do Hogwartu, gdyby nie miał wpływu na McGonagall i Zakon?

Wszystkie pytania i niepokój pulsowały mu w skroni i odbijały się echem w uszach. Ale nie miał na nie żadnych odpowiedzi. Żadnych obietnic. Nic. Pozostawało mu jedynie wisieć w tej otchłani i zastanawiać się, kiedy to wszystko stało się aż tak skomplikowane.

Pięć miesięcy w rozklekotanej szopie na jakiejś opustoszałej, szetlandzkiej wyspie, gdzie ciszę przerywały jedynie dźwięki wydawane przez owce, sprawiło, że czuł się trochę bardziej niż… spięty. Oczywiście świadomość o najpotężniejszym czarodzieju na Ziemi polującym na twoje zwłoki w żaden sposób nie pomagała.

Co za gówniany tydzień. Gówniany miesiąc. Gówniany rok.

– Próbuję cię chronić, Draco – warknął złowrogo mężczyzna, jeszcze mocniej ciągnąc za szaty Draco. – To jedyne miejsce, w którym będziesz bezpieczny…

– Nie będę tu bezpieczny – warknął blondyn, wykrzywiając usta z obrzydzeniem. – Jestem ich pieprzonym wrogiem…

– Jesteś teraz wrogiem dla obu stron – zauważył Snape, kontynuując swój zdecydowany spacer w kierunku Hogwartu i ciągnąc za sobą dziedzica Malfoyów. – Ale ta strona wykazuje aż tylu chęci, by cię zabić. Profesor McGonagall już się na to zgodziła.

– Głupia krowa – warknął Draco, na co mężczyzna odpowiedział mu jedynie kolejnym, mocnym szarpnięciem. – Więc mam powierzyć swoje bezpieczeństwo tej obłąkanej babie?

– Nie masz wyboru.

Jego protesty ustały.

***

Zadrżała.

Jesień wkradła się do zamku zbyt szybko, sunąc chłodnym powiewem po jej karku. Oddech opuszczający usta Hermiony natychmiast przeistaczał się w jedwabistą mgłę. Dziewczyna zacisnęła pięści na materiale swetra, próbując chronić palce przed zimnem.

Zerwała się z miejsca, gdy usłyszała, jak drzwi do biblioteki otwierają się, a w pomieszczeniu zaczyna rozbrzmiewać szmer czyichś kroków. Chwyciła za różdżkę, cicho kończąc swoje zaklęcie

Lumos

i uważnie nasłuchując natrętnych uderzeń butów o podłogę. Spowolniła swój oddech najbardziej, jak było to możliwe, wstając ze swojego krzesła bez najmniejszego szmeru.

Wyjrzała przez szczeliny regałów, szukając wzrokiem przebłysku czegoś nie na miejscu. Wszystkie cienie jednak zlewały się razem w niemal czarną masę, więc skoncentrowała się na dźwiękach. Ktokolwiek to był, wciąż znajdował się przy drzwiach, ale powolnym krokiem wchodził dalej, w głąb biblioteki. Mocniej zacisnęła dłoń wokół podstawy różdżki.

– Panno Granger? – zawołał znajomy głos, a dziewczyna natychmiast rozluźniła ramiona. – Jesteś tutaj?

– Lumos – westchnęła, a jej stopy zaczęły podążać za przyjaznym tonem. – Tutaj, profesorze Slughorn.

– Och, jesteś. – Uśmiechnął się roztrzęsiony mężczyzna, kiedy w końcu pojawiła się w jego polu widzenia. – Wiesz, szukamy cię wszędzie. Naprawdę nie powinnaś wychodzić tak późno, nawet korzystając z przywileju bycia Prefekt Naczelną.

– Wszystko w porządku? – zapytała, ignorując jego komentarz.

– Profesor McGonagall chciałaby z tobą porozmawiać – oznajmił, wyprowadzając ją z biblioteki. – Jest w swoim gabinecie.

– Czy coś się stało? – zapytała, marszcząc brwi z nieukrywaną troską. Dlaczego McGonagall miałaby jej potrzebować o drugiej w nocy?

– Nie jestem do końca pewien, co się dzieje, panno Granger – przyznał, lekko wzruszając ramionami. – Wiem za to, że wszystko jest w porządku. W przeciwnym razie natychmiast zostalibyśmy poinformowani.

– Tak, przypuszczam, że ma pan rację. – Skinęła z roztargnieniem głową, wkładając ręce do kieszeni. – Po prostu… To wszystko wydaje się trochę dziwne.

– W chwilach takich jak te, panno Granger – wydyszał, a dziewczyna mogła jasno usłyszeć, jak bardzo zmęczony był ten mężczyzna. Wszyscy byli tak niesamowicie zmęczeni. – Jestem zaskoczony, że wciąż możesz postrzegać cokolwiek za dziwne.

– Słuszna uwaga.

– Odprowadzę cię do gabinetu – odparł mężczyzna głosem ochrypłym ze zmęczenia. – Czy chciałabyś, żebym zaczekał na ciebie na zewnątrz, byś bezpiecznie wróciła do swojego pokoju?

– To nie będzie konieczne – odpowiedziała, lekko kręcąc głową. – Mój pokój jest tylko kawałeczek od biura profesor McGonagall. Poza tym wygląda pan na bardzo zmęczonego.

– Zostałem dość nagle obudzony – wyznał, tłumiąc materiałem rękawa szerokie ziewnięcie. – Ale ty sama przecież czytałaś coś w bibliotece. Czy na pewno dobrze sypiasz, panno Granger?

– Tak – skłamała.

– Mógłbym polecić ci Eliksir Bezsennego Snu – zasugerował, rzucając jej znaczące spojrzenie. – Jeśli chcesz, mogę przygotować ci na jutro porcję.

– Nie, dziękuję. – Dziewczyna posłała mu słaby uśmiech. – Mam trochę mugolskich pigułek nasennych, które zawszę mogę wziąć, jeśli rzeczywiście będę ich potrzebować. Nic mi nie jest, profesorze. Naprawdę.

– Skoro tak mówisz, panno Granger – ustąpił, zatrzymując się, gdy dotarli do drzwi prowadzących do przejścia, które miało zabrać ją do biura McGonagall. – W takim razie zostawię cię tutaj.

– Dziękuję, profesorze. – Skinęła uprzejmie głową, czekając, aż czarodziej zniknie za rogiem korytarza, zanim wymamrotała hasło. – Pręgowany kot.

***

Draco siedział na szerokim fotelu, zgrzytając zębami i przygryzając język. Dwóch profesorów kłóciło się przed nim, a powstrzymywanie się od krzyczenia na nich wymagało dość sporej dozy samokontroli. Gdyby McGonagall nie ściskała swojej różdżki w obronie, prawdopodobnie już dawno by ich przeklął lub przynajmniej rzucił kilka zaklęć wyciszających, by zablokować te potoki zarzutów.

– Zgodziłam się na spotkanie z tobą, Severusie – powiedziała szorstko czarownica. – Ale nie obiecałam, że rzeczywiście pozwolę mu tutaj zostać.

– Nie mam innego wyboru – stwierdził spokojnie Snape, zwracając na chwilę swój wzrok ku Draco. – Jeśli Czarny Pan go znajdzie, zabije go, Minerwo.

– Więc uważasz, że powinnam narazić resztę uczniów na niebezpieczeństwo? – warknęła z mocnym, szkockim akcentem, co przypominało Draco o jego pięciomiesięcznym okropnym pobycie na północy. Zawsze w ukryciu…

– Próbujesz chronić uczniów – przemówił ponury czarodziej. – On potrzebuje ochrony bardziej niż ktokolwiek…

– Ten chłopak jest powodem, przez który to miejsce zostało zaatakowane! – krzyknęła, oskarżycielsko wskazując palcem na Draco. – Ten chłopiec…

– Jest dzieckiem – przerwał Snape, ignorując obrażone chrząknięcie milczącego nastolatka. – Został wprowadzony w błąd, Minerwo.

Draco uniósł swój wzrok na te słowa i z ostrożnym sceptycyzmem zaczął analizować postać człowieka, któremu kiedyś ufał. To było dziwne i poniżające być bronionym przez kogoś, kim teraz tak bardzo gardził.

– Dobrze wiedział, co robi – powiedziała cicho dyrektorka, powracając do swojego sztywnego tonu. – A gdyby nie był taki głupi, sprawy potoczyłyby się zupełnie inaczej…

– Czarny Pan nadal byłby dla nas zagrożeniem – tłumaczył ostrożnie Snape. – Wiesz, że Albus…

– Nie waż się przekupywać mnie jego wspomnieniem! – ostrzegła kobieta, jej głos podniósł się o kilka decybeli, co zakłuło nawet jej własne uszy. – Nie waż się, Severusie…

– Wiesz, że mam rację – powiedział z subtelnym naciskiem. – Doskonale wiesz, jak bardzo był zdeterminowany w upewnieniu się, żeby Draco nie podążył… tą ścieżką.

Dziedzic Malfoyów poczuł, jak jego szczęka się rozluźnia. Nieunikniona fala pytań zbyt szybko zalała jego mózg, a on sam syknął przez zaciśnięte zęby. Stary idiota się nim zainteresował? Chciał trzymać go z dala od mrocznej ścieżki? A Snape o tym wiedział? Coraz więcej sekretów. Jeszcze więcej odłamków w jego mózgu.

– Co, do cholery…

– Ostrzegałem cię, żebyś się nie odzywał – wycedził ostro Snape, nie kłopocząc się nawet, by na niego spojrzeć. – Minerwo, wiesz, że Albus pozwoliłby mu zostać…

– No cóż – westchnęła, masując czoło pomarszczoną ze starości dłonią. – Łaskawość Albusa można było uznać za powód jego upadku, zaraz obok wiecznego pragnienia dostrzeżenia we wszystkich dobra.

Snape wydał z siebie cichy pomruk zgody. 

– Może i tak – wymamrotał cicho. – Kończy mi się czas. On potrzebuje kryjówki z dala od Czarnego Pana.

Kobieta zacisnęła usta i przeniosła swoje mądre spojrzenie na najmłodszą osobę obecną w jej gabinecie. Draco próbował dodać coś od siebie do tej burzliwej wymiany zdań, ale odkrył, że wpatruje się w swoje kolana, a jego powieki są coraz cięższe od zmęczenia. Nie miał okazji porządnie się wyspać dokładnie od nocy 1 czerwca, na cztery dni przed swoimi siedemnastymi urodzinami. Zawdzięczał to wiecznemu zimnu, które wkradało się przez szczeliny ich kryjówki, albo też bolesnym napadom głodu, na które cierpiał przez pięć kolejnych miesięcy, lub może nawet ze względu na wątłe szczątki własnego sumienia.

Sen był dla niego dawno zapomnianym luksusem, podobnie jak przyzwoity posiłek. I łóżko. I prysznic. I ciepło…

– Niech będzie – mruknęła w końcu McGonagall, podnosząc głowę nieco wyżej, gdy kontynuowała. – Może zostać. Ale mam swoje warunki, panie Malfoy, i jeśli któryś z nich zostanie złamany, będziesz zdany tylko na siebie.

Draco powoli podniósł wzrok, by ze wzburzeniem spojrzeć na kobietę. Kim była, żeby sporządzać listę zasad? Jakby robiła mu przysługę. Nie chciał tu być. Nie potrzebował żadnej, cholernej pomocy. Mogła sobie ją wsadzić w…

– Twoja różdżka, panie Malfoy – zażądała, spokojnie wyciągając przed siebie rękę.

Chłopak parsknął. 

– Spieprzaj – mruknął chłodno, ale nagle poczuł, jak coś u jego boku się poruszyło. Wściekłym spojrzeniem obserwował, jak jego różdżka wysunęła się z kieszeni i wylądowała na dłoni kobiety.

– Nie będziesz mógł uczęszczać na zajęcia z resztą uczniów – oznajmiła stanowczym tonem. – Myślę, że powód jest dość oczywisty. Masz pozostać niewidoczny i jestem pewna, że pozostali uczniowie i tak nie powitaliby cię z radością.

Draco przewrócił oczami. Nienawidził ludzi, którzy uznawali za konieczne wypowiadanie rzeczy oczywistych.

– Nie będziesz opuszczać pokoju, w którym będziesz mieszkał – kontynuowała szorstko, jej usta zacisnęły się ze stresu. – Jeśli bez mojej zgody wystawisz choćby stopę poza granice Hogwartu, nie zostaniesz wpuszczony z powrotem. Nigdy.

Draco potarł podbródek i spojrzał na Snape’a, który obserwował go tym znajomym, niecierpliwym spojrzeniem. Chciał im obojgu powiedzieć, żeby się odpieprzyli. Żeby pilnowali własnych nosów, ale wiedział, że ta oferta nie jest opcjonalna. Kolejny raz przypomniał sobie, że nie ma dokąd pójść. Więc to było to. Kolejne miejsce, którego nie mógł opuścić. Następne więzienie osłabiające zdrowie psychiczne. Merlinie, pomóż mu ocalić jego umysł.

– Zostanie tutaj? – zapytał Snape, przerywając głuchą ciszę. – Z tobą?

– Mam o wiele za dużo na głowie, by bawić się w przyzwoitkę, Severusie – wyjaśniła kobieta ciętym tonem. – Mam jednak na myśli kogoś innego, kto będzie mieć na niego oko.

Snape zmarszczył brwi. 

– Slughorn? – domyślił się. – Któryś z profesorów?

– Doskonale wiesz, że nie mieliby na to czasu – odpowiedziała, unosząc brwi. – Biorąc pod uwagę okoliczności, Severusie, istnieje tylko garstka ludzi, którym w pełni ufam, a jeśli chcesz, żeby miejsce pobytu pana Malfoya pozostało w tajemnicy, to zostanie on z panną Granger.

Oczy Draco rozszerzyły się, a on sam poczuł nagłą suchość w ustach.

– Pierdolona szlama…

– Na twoim miejscu uważałabym na słowa, panie Malfoy – zagroziła kobieta oschłym tonem. – Sądzę, że dałam ci jasno do zrozumienia, że twój pobyt tutaj jest uwarunkowany…

– Myślisz, że wepchnięcie mnie z nią do jednego pokoju będzie bezpieczne? – zapytał z niedowierzaniem. – Jeśli jest ktoś jeszcze oprócz Czarnego Pana, kto chciałby mnie zabić, to z pewnością jest to ta szlama…

– Przestań używać tego słowa – powtórzyła wiedźma, grożąc mu palcem. – Jestem pewna, że panna Granger będzie w stanie poradzić sobie z tą sytuacją… dojrzale.

Draco wydał z siebie pozbawiony humoru śmiech i potrząsnął głową.

– Chyba ci, kurwa, odwaliło.

– Najwyraźniej tak – zgodziła się. – Ale na twoim miejscu nie zachęcałbym mnie do ponownego rozważenia tego układu.

Chłopak zmrużył oczy i odwrócił się w stronę Snape’a z wyrazem czystego obrzydzenia. 

– To jest właśnie ten twój pomysł na zapewnienie mi bezpieczeństwa? – splunął przez obnażone zęby. – Oddanie mnie tym kretynom…

– Dość – uciszył go cicho Snape, wciąż przyglądając się McGonagall z zaciekawieniem. – Czy jesteś pewna, że panna Granger to najmądrzejsza opcja, Minerwo?

– To jedyna opcja – stwierdziła stanowczo. – Jest jedyną uczennicą, której całkowicie ufam.

– Ale któryś z profesorów z pewnością byłby bardziej odpowiedni.

– Profesorowie mają dość kłopotów z pilnowaniem innych uczniów – powiedziała dyrektorka z nutą zniecierpliwienia w głosie. – Panna Granger jest doskonale zdolna do podołania temu zadaniu i tak się składa, że ma wolny pokój w swoim dormitorium…

– To musi być żart – warknął Draco, marszcząc nos z pogardą. – Odmawiam mieszkania z tą…

– Nie będę wiecznie powtarzał, żebyś w końcu się zamknął – warknął Snape, robiąc szybki krok w stronę chłopaka, żeby uderzyć go dłonią w tył głowy.

– Zrobisz to, co ci każemy, panie Malfoy – ostrzegła sztywno wiedźma. – To jedyna oferta pomocy, jaką możemy ci zaproponować. Przyjmiesz ją albo będziesz zdany tylko na siebie.

Chłopak poczuł, jak chęć rzucenia wyzwania wiedźmie wzbiera się w jego gardle, łaskocząc migdałki, ale czuł się tak niesamowicie wyczerpany. Hogwart był o wiele cieplejszy niż szopa, a ciepło działało na niego jak środek uspokajający. Jego ciało z przyjemnością zatapiało się w pluszowym fotelu bez względu na to, jak bardzo starał się to ignorować. W powietrzu unosił się również zapach jedzenia, co coraz bardziej drażniło jego pusty żołądek.

– Czy mam przyjąć, że twoje milczenie oznacza zgodę na naszą ofertę?

Ofertę. Parsknął. To nie była żadna oferta i wszyscy w pokoju dobrze o tym wiedzieli. To ultimatum. Pozostań z wrogiem lub ryzykuj śmiercią. Tylko chęć dalszego życia pokonywała jego dumę. Dobrze, niech go nakarmią i zapewnią mu dach nad głową. Jego rodzice będą go szukać. Ojciec przekona Czarnego Pana, by ten przymknął oko na jego… nieszczęśliwy wypadek. Być może.

– Akceptuje – odpowiedział za chłopaka Snape, posyłając swojemu byłemu uczniowi surowe spojrzenie, które powstrzymało go od wszelkich protestów.

– Niech tak będzie – westchnęła ciężko McGonagall, jakby właśnie paktowała z samym diabłem. – Czy masz ze sobą jakieś rzeczy?

Spojrzenie chłopaka znów opadło na jego kolana. Prosta odpowiedź brzmiała: nie. Nie, nie miał ani jednej, cholernej rzeczy, którą mógłby nazwać swoją. Tylko wielokrotnie przeprane i wytarte ubranie, które nosił na sobie od tamtej nocy, i zestaw starych szat, które dał mu Snape. Został pozbawiony wszelkich znaczników swojego bogactwa i symboli reprezentujących jego niesławne dziedzictwo, czego szczerze nienawidził.

– Nie – splunął szybko, zamykając oczy.

– W takim razie poproszę skrzaty domowe, żeby przyniosły ci kilka rzeczy – odparła tonem nie łagodniejszym niż wcześniej. – Jutro wyślę ci je wprost do pokoju panny Granger.

– A panna Granger zgodziła się na ten układ? – spytał nagle Snape swoim słynnym, sceptycznym tonem.

– Jeszcze nie.

Złotawe brwi Draco uniosły się wysoko na jego bladym czole. Jeszcze nie? Ta kobieta kopała dla niego grób szybciej niż sam Voldemort.

***

Przeciągnęła swoimi oskubanymi z niepokoju palcami po starych cegłach, szurając nogami, kiedy szła pogrążonym w półmroku korytarzem, drugą ręką ściskając świecącą różdżkę, by widzieć swoją drogę. Zaczęła rozumieć, dlaczego McGonagall wezwała ją do siebie właśnie teraz. Istniała tylko jedna możliwość.

Złe wieści.

Ktoś umarł. Albo został ranny. Być może zdemaskowano plany Harry’ego i Rona. Może szkoła znajdowała się pod innym zagrożeniem. Albo Voldemort zdołał znaleźć siedzibę Zakonu.

Istniały setki możliwości i wszystkie były złe.

Zaczęła opłakiwać swój optymizm. Ubolewała nad tym, że został on skradziony przez mroczne wspomnienie Wieży Astronomicznej i nieobecność jej najlepszych przyjaciół. Wszystkie jej smutne myśli z tamtej nocy zostały jednak odepchnięte na bok, kiedy do jej uszu dobiegł zniekształcony głos McGonagall huczący w pustym korytarzu. Kiedy echo słów kobiety ucichło, Hermionę dobiegł też inny głos. Należący do mężczyzny.

Jeszcze mocniej ścisnęła swoją  różdżkę i przyspieszyła, a jej kroki zaczęły odbijać się echem od pustych ścian korytarza. Nie potrafiła rozpoznać konkretnych słów ani nawet tego, że teraz za ścianą zaczął wibrować również trzeci głos. Z ostrym szarpnięciem nadgarstka i ponownym wyszeptaniem hasła, grube drzwi gabinetu otworzyły się z cichym skrzypnięciem. Oczy dziewczyny rozszerzyły się, kiedy ujrzała rozgrywającą się za nimi scenę.

Snape. Tutaj. W Hogwarcie.

Nawet nie zauważyła Malfoya.

Trzy głowy odwróciły się, żeby na nią spojrzeć, ale ona widziała tylko jedną. Jego. Człowieka, który zabił najpotężniejszego mężczyznę, jakiego kiedykolwiek znała. Poczuła, jak ostry ogień zapłonął nagle w jej piersi.

– Ty – westchnęła, a rysy jej twarzy na krótki moment napięły się z szoku, zanim zastąpiła je fala gniewnych zmarszczek. Jej ramię z różdżką wyprostowało się, szarpiąc łokciem, a brązowe jak kora oczy zwęziły się w niebezpieczne szparki. –

Impedimenta!

Męzczyzna bez większego wysiłku zablokował zaklęcie dziewczyny, co rozwścieczyło ją bardziej. Wściekłość dudniła jej w uszach, tłumiąc prośbę McGonagall, by się uspokoiła. Magia Hermiony pulsowała na koniuszkach jej palców, gotowa na zemstę. Wystrzeliła w kierunku Snape’a

Drętwotę,

ale ta również została odbita tak jak jej poprzedni atak.

Draco w milczeniu obserwował ten pojedynek swoim bacznym spojrzeniem, zastanawiając się, dlaczego Snape w ogóle brał w nim udział. Z pewnością szybki

Petrificus

załatwiłby sprawę tej wścibskiej szlamy. Nie zauważyła go. Ani na chwilę nie oderwała swoich oczu od drugiego czarodzieja. Założyłby się o fortunę swojej rodziny, że zauważenie go z trudem uspokoiłoby ten mały atak furii, który właśnie przechodziła.

Snape spojrzał spokojnie na dziewczynę i rzucił w jej kierunku ciche zaklęcie rozbrajające, decydując, że lepiej będzie to zakończyć, zanim coś wymknie się spod kontroli. Po chwili uniósł w zaskoczeniu brew, widząc, że nie przyniosło to żadnego efektu, i zawahał się, gdy kolejne z jej przekleństw sprawiło, że zachwiał się na własnych nogach. Widać, było, że ćwiczyła. Kiedy nauczyła się tylu niewerbalnych zaklęć obronnych?

– Dość! – McGonagall próbowała interweniować, ale oczy Hermiony ledwo dostrzegły kobietę. – Panno Granger, proszę się uspokoić i pozwolić mi wyjaśnić…

Młoda czarownica nawet nie mrugnęła. 

– Confrin…

Różdżka dziewczyny wyleciała z jej dłoni, a zdezorientowane i zdradzone spojrzenie Hermiony przeniosło się na dyrektorkę. Poczuła, jak zaczarowane liny owijają się wokół ciała, aby ograniczyć ruchy, a łzy frustracji zaczęły spływać jej po policzkach. Starsza kobieta spojrzała na nią przepraszająco, zanim ponownie szarpnęła różdżką, a Hermiona poczuła, jak jej stopy odrywają się od podłogi, zanim odleciała w tył, prosto do korytarza.

Drzwi zamknęły się za nią z tępym trzaskiem i przez chwilę stała zmrożona w ciemności, zanim zaczęła szarpać się i walczyć z linami. Krzyczała tak głośno, aż zdarła sobie gardło. Dlaczego McGonagall to robiła? Dziewczyna zakaszlała rozwścieczonym szlochem i przełknęła krzyk, który rozdzierał jej tchawicę.

Co się, do cholery, działo?

Po drugiej stronie drzwi Draco opadł z powrotem na krzesło, wywracając oczami. Obserwował parę profesorów, którzy wyglądali na dość sceptycznie nastawionych i opierał się przymusowi, by potrząsnąć głową lub zaśmiać się z ich głupoty. Jakim cudem mogli być zaskoczeni, że tak zareagowała? Otaczała go banda cholernych idiotów.

– Cóż – skomentował chrapliwym głosem, jednak wciąż bogatym w nadmierną ilość sarkazmu. – Nieźle poszło.

Leave a Reply

Your email address will not be published.